środa, 5 stycznia 2011

Rozdział I "Powitalna Uczta"

Wszedłem do pociągu i skierowałem się do przedziału dla uczniów domu Slytherin, jednak na mojej drodze stanął jakiś dzieciak, prawdopodobnie pierwszoroczniak. Chyba nie wiedział, w którą stronę się skierować. Ponieważ byłem bardzo zły, na to, że Hermiona Granger widziała moją chwilę słabości, odegrałem się na chłopcu.
- Chyba nie wiesz gdzie iść? Widać, że pierwszoroczniak. Idź tam – przy czym wskazałem chłopakowi kierunek – Wy, gówniarze, zawsze zagradzacie mi drogę i komplikujecie życie. No już, żebym cię tu więcej nie widział.
Po tych słowach dziecko popatrzyło na mnie przerażone, po czym spiesznie udało się do wskazanego miejsca. Ja za to czułem się dumny, czułem się panem wszystkich. Tego w końcu uczył mnie ojciec i tak wypadało mi postępować. Nie uginać się pod presją, być bezlitosnym i bez skrupułów dążyć do wyznaczonego celu. Jednym słowem miałem być zimnym draniem, który wszystkich ma gdzieś. Kiedyś mi się to podobało, ale ostatnio coraz mniej. Po tym jak zobaczyłem co się stało z moim ojcem i innymi Śmierciożercami, którzy takimi właśnie draniami byli nie chcę już taki być i nie chcę skończyć tam gdzie oni.
Kiedy zobaczyłem tego głupiego Pottera, który triumfuje po zabiciu Voldemorta, zapragnąłem być na jego miejscu. Jest dobry, miły, uczciwy, może troszkę zarozumiały, ale mimo to ludzie go szanują. I nie musi być arystokratą z zimnym jak lód sercem by otrzymać ten szacunek. Zadawał się ze szlamami i zdrajcami krwi, a mimo tego i tak był lepszy ode mnie. To jego ludzie uwielbiali, a nie mnie.
I jeszcze ta Granger i Weasley. Nie to żebym mu ich zazdrościł, ale one również go uwielbiają, ma w nich zawsze oparcie. Jedna to dziewczyna, która go bezgranicznie kocha, a druga – przyjaciółka, która pomoże mu w każdej sytuacji. A ja? Ja nie mam nic. Kompletnie. Jedynie matkę, która mnie kocha, ale woli to ukrywać. Może jeszcze Blaise, który od zawsze był moim dobrym przyjacielem. Pomagał mi zawsze gdy go to poprosiłem. Jest jeszcze Pansy, ale ona się nie liczy. Pragnie jedynie pokazywać się z paniczem Malfoy’em i nosić jego nazwisko. Nic więcej.
Przerwałem rozmyślania, bo właśnie zdałem sobie sprawę, że tarasuję przejście, tak jak wcześniej robił to ten dzieciak. Musiało to pewnie głupio wyglądać, bo przecież stałem tam dobre 3 minuty.
W końcu jednak, energicznym krokiem ruszyłem w stronę przedziału. Po drodze mijałem przedziały przepełnione młodzieżą. Starszą lub młodszą. Wszyscy jednak byli roześmiani, cieszyli się z powrotu do szkoły, która już nie jest kontrolowana przez Czarnego Pana. I wtedy zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę, sam byłem tym Śmierciożercą, którego wszyscy się bali. To częściowo przeze mnie wszystko stało się tak szybko. To ja sprowadziłem wyznawców Voldemorta do Hogwartu, tak że mogli zabić Dumbledore’a i to przeze mnie on zginął. Gdybym tego nie zrobił, może nigdy Hogwart nie dostałby się w ręce Czarnego Pana, a Potter jakimś cudem by go pokonał raz na zawsze.
Okazało się, że wsiadłem w złym miejscu, bo do przedziału Ślizgonów był jeszcze kawałek. Obecnie znajdowałem się w wagonie Gryfonów. Wszyscy rozmawiali o bohaterze – Chłopcu, Który Przeżył. Wszędzie mogłem słyszeć jego nazwisko. Spuściłem głowę, próbując nie słuchać tych szeptów. Czułem, że mówiąc o nim, myślą również, że to JA jestem tym złym draniem. Kiedy koło nich przechodziłem, czułem na sobie ich nienawistne spojrzenia, na które pracowałem sobie przez dobre 6 lat. Nagle podniosłem głowę, bo zobaczyłem czyjeś buty. Nie miałem wielkiej ochoty spojrzeć w górę, ale zmusiłem się do tego. Przybrałem obojętny wyraz twarzy z domieszką drwiny na ustach i spojrzałem na twarz osoby przede mną.
Kiedy ją zobaczyłem, miałem ochotę coś zrobić. Uderzyć w coś, wyładować złość. Na mojej twarzy zagościł jeszcze większy grymas złości, gdy ujrzałem jednego z moich głównych wrogów. Chciałem żeby nie widziała całego zajścia, ale czasu nie da się niestety cofnąć.
Za to na jej twarzy nie malował się gniew tak jak zwykle, gdy mnie widziała. Patrzyła na mnie… z ciekawością? Pewnie zastanawiała się jak ktoś tak nieczuły jak ja mógł uronić choćby jedną łzę. Postanowiłem, iż sprawię, że panna Granger nikomu nie piśnie słowa o tym co widziała. Jednak nie miałem pewności czy mi się to uda, bo od dziecka zawsze coś mi nie wychodziło. Byłem za słaby, żeby zabić Dumbledore’a, słaby na zrobienie czegokolwiek złego.
Z rozmyślań wyrwało mnie chrząknięcie tej szlamy. Patrzyła na mnie wyczekująco.
- Czego ode mnie chcesz? – spytałem.
- Ja? Chyba czego ty chcesz ode mnie? W końcu jesteś w wagonie Gryfonów. – odpowiedziała Granger.
- Od ciebie nic nie mógłby chcieć poza tym byś była w moim domu pokojówką. Chociaż nie. Nawet na to się nie nadajesz, szlamo! – powiedziałem to dość głośno, na tyle, by usłyszeli to inni Gryfoni. Patrzyli na mnie jakbym popełnił zbrodnię, a w końcu tylko rozmawiałem z kujonką główną Hogwartu.
- Nie udawaj takiego twardego. Oboje wiemy, co dziś widziałam na stacji. Niby nic, ale jednak! Czyżby twoje serce z lodu topniało? – spytała Granger, po czym drwiąco się uśmiechnęła. Tego już było wiele. Czyżby starała się mi zagrozić? Nic z tego, szlamo.
Zbliżyłem się do niej, a ona popatrzyła na mnie przestraszona. Pochyliłem się nad jej uchem i wyszeptałem ze złością:
- Nie waż się nikomu o tym mówić, bo cię zniszczę. Może nie jestem moim ojcem, ale to i owo potrafię.
Po tych słowach przepchnąłem się obok niej, popychając ją na ścianę wagonu. Czułem na sobie jej wzrok, który patrzył na mnie z taką samą wrogością, jaką można było w nim odczytać przez poprzednie sześć lat.
Ruszyłem prosto przed siebie, szybkim krokiem, z uniesioną głową, do mojego przedziału. Po starciu z tą szlamą, już nie spuściłem głowy. Czułem się dumny i znów pełen  energii. W końcu dotarłem do przedziału, w którym już siedział Blaise i Parkinson oraz kilku innych Ślizgonów.
- Witaj wśród swoich, Draco – rzekł Blaise, po czym wstał i przywitał się ze mną.
- Cześć, Blaise – odparłem i uśmiechnąłem się do niego.
Parkinson rzuciła mi się na szyję i zaczęła mi piszczeć do ucha:
- Jak ja cię dawno nie widziałam, mój kochany Draconie. Tęskniłam. A ty?
- Ja też – odpowiedziałem, po czym przewróciłem oczami, tak, że wszyscy poza Pansy wybuchli śmiechem. Ona jednak nie zwróciła na to uwagi, tylko dalej na mnie wisiała. Odepchnąłem ją lekko i usiadłem na swoim miejscu przy oknie.
W przedziale jeszcze chwilę Ślizgoni prowadzili ze mną rozmowę, po czym, się zamyśliłem, a oni zajęli się sobą.
Nagle, nie wiadomo skąd w moich myślach pojawiła się Hermiona Granger, która patrzyła na mnie tymi swoimi bystrymi oczyma, a jej włosy opadały na drobne ramiona… O czym ja myślę? Chyba kompletnie oszalałem.
Ciekawe co ona widzi w tym Ronie? Nie to, żebym mu zazdrościł takiej szlamy. Po prostu czysta ciekawość. Co on takiego ma, czego nie ma wiele innych chłopaków w Hogwarcie. Z pewnością mogłaby sobie znaleźć kogoś przystojniejszego i lepszego. No i zdecydowanie mądrzejszego. Może i jest szlamą, ale za to ładną. Bo w końcu Ron Weasley jest strasznie tępy. Jednak ona nadal z nim jest, kochają się.
Chciałbym by w końcu mnie też ktoś tak pokochał. Nie myślę tu o głupiutkiej Pansy, ale o prawdziwej dziewczynie, która pokocha mnie za wnętrze a nie za nazwisko czy wygląd. Ojciec od dziecka wmawiał mi, że kobietą trzeba gardzić, co świetnie ilustrował na przykładzie mojej matki. Nigdy nie zajmowała przy nim miejsca kochającej żony, nigdy jej nie objął, nie pocałował na przywitanie. Zawsze był między nimi dystans. Chyba sam się tego też nauczyłem, bo nigdy jeszcze się nie zakochałem. Blaise już miał wiele dziewczyn, które naprawdę mu się podobały. Niektórymi gardził, niektóre wykorzystywał, ale dwa razy zdarzyło mu się zakochać. A ja? Wychodzi na to, że jestem nieczułym draniem, takim jakim mnie wykreował mój ojciec. Czuję, że z tej ścieżki nie ma już odwrotu i na zawsze pozostanę taki jakim jestem teraz.
***
Mocne szarpnięcie za ramię, wybudziło mnie ze snu, w który zapadłem podczas moich rozmyślań. Otworzyłem oczy i zobaczyłem Blaise’a.
- Obudź się, stary. Jesteśmy w Hogwarcie. – Powiedział mój przyjaciel, po czym sięgnął po bagaż i powoli zaczął wychodzić z przedziału.
- Zaczekam na ciebie na zewnątrz. – powiedział jeszcze na odchodnym.
Nie zdążyłem mu odpowiedzieć, więc wstałem i rozejrzałem się po pomieszczeniu. Wszyscy już wyszli, zostałem tylko ja i mój bagaż, po który po chwili sięgnąłem. Ruszyłem przed siebie i wyszedłem z przedziału i zasunąłem za sobą drzwi.
Pospiesznie wyszedłem z pociągu i pierwsze na kogo się natknąłem, a raczej na kogo prawie wpadłem to nasz kochany Wybraniec.
- Jak się masz, Potter? Wybraniec dobrze się czuje? Jak tam sprawy ze zdrajczynią krwi? Chyba wiesz o co mi chodzi – i przy tych słowach mrugnąłem do niego. Widać było, że nasz kochany Harry już się gotuje z wściekłości.
- A ty co, Malfoy? Musisz wyładować na kimś złość, bo przykro ci z powodu tatusia? Mam nadzieję, że zostanie w Azkabanie. Zastanawiam się czemu ty tam nie trafiłeś, Śmierciożerco! – wykrzyknął mi prosto w twarz Potter. Miałem ochotę mu przyłożyć, ale opanowałem się i ze stoickim spokojem na niego spojrzałem i odpowiedziałem:
- Jakbyś chciał wiedzieć, nie jestem Śmierciożercą. A mój ojciec siedzi tam tylko i wyłącznie przez ciebie. Jeszcze się z tobą policzę. Lecz nie dzisiaj, wolę w spokoju zjeść pyszną kolację. – odwróciłem się i ruszyłem w kierunku Blaise’a, który już od chwili obserwował całe zajście.
- Strach cię obleciał? Zawsze byłeś tchórzliwy, ale zapamiętam to sobie. Kiedyś znajdziemy się sam na sam i wtedy pokażę ci na co mnie stać! – krzyczał jeszcze za mną, ale jego słowa już coraz słabiej dochodziły do moich uczu. Za to dobrze usłyszałem słowa Blaise’a:
- Czy on już całkiem postradał zmysły? Myśli, że skoro pokonał Voldemorta to może się tu wywyższać? Jeszcze mu pokażemy – po czym złowieszczo się uśmiechnął.
Ja odwróciłem się w stronę Pottera i patrzyłem jak w furii opuszcza peron.
- To ja mu pokażę, ty się w to nie mieszaj. Jednak dzięki za ofertę. Muszę mu pokazać, że wcale nie jestem tchórzem i nie potrzebuję niczyjej pomocy.
- Skoro tak mówisz. To co idziemy? Pewnie będzie świetna uczta. Co prawda, Dumbledore’a już nie ma, ale McGonnagal pewnie dobrze się postara o to by było jak dawniej. – rzekł z uśmiechem brunet.
- Z pewnością. – uśmiechnąłem się do przyjaciela, po czym ruszyliśmy w stronę szkoły.
***
 Wielka Sala powoli zapełniała się ludźmi, którzy wchodzili przez ogromne drzwi. Stałem właśnie w takim tłumie, gdy nagle przed sobą zobaczyłem pannę Granger.
- Kogo my tu mamy? Szlama na horyzoncie! – powiedziałem to do Blaise’a ale na tyle głośno by ona mogła to usłyszeć. Obróciła się w moją stronę i popatrzyła na mnie z furią w oczach. Po chwili w końcu udało jej się wejść do Wielkiej Sali i zajęła miejsce koło swoich kochanych przyjaciół. Ja i Blaise po chwili też już siedzieliśmy na miejscach.
McGonnagal wygłosiła przemówienie, mówiła, jak jej przykro z powodu dawnego dyrektora i śmierci niektórych z uczniów, którzy polegli w walce przeciwko Voldemortowi. W tamtej chwili miałem ochotę schować się pod ziemię. Czułem, że Gryfoni na mnie patrzą z wyrzutem, ale nie miałem siły by spojrzeć w tamtą stronę i to sprawdzić.
Po kilkunastu minutach, nowa pani dyrektor ogłosiła początek uczty i w końcu mi ulżyło.
Odważyłem się spojrzeć na stół Gryfonów, przy którym nagle wybuchnęli śmiechem przyjaciele i koledzy Granger. Na początku nie wiedziałem o co im chodzi, ale wyraźnie śmiali się ze mnie.
Nagle zrozumiałem z czego mają taki ubaw. Ta szlama, pokazywała scenę, w której ktoś płakał. Wiedziałem, że chodzi jej o mnie, bo po zakończeniu swojego teatrzyku spojrzała na mnie wyzywająco. Zagotowała się we mnie wściekłość, jednak teraz nie mogłem nic więcej zrobić, poza posłaniem jej morderczego spojrzenia. Kiedy je zobaczyła, przestała się śmiać, ale też nie przestraszyła się mnie. Cóż, intrygująca osóbka…
- Z czego oni się śmieją? – spytał mnie Blaise.
- Pewnie z nas. Teraz Potter będzie triumfował. – odparłem, po czym zacząłem ucztę, dając do zrozumienia przyjacielowi, że nie chcę o tym rozmawiać.
Posiłek zakończyłem szybko i opuściłem Wielką Salę. Nie mogłem się oprzeć i musiałem jeszcze spojrzeć na Hermionę Granger. Okazało się, że śledzi każdy mój ruch, a kiedy zrozumiała, że to widzę, speszona, spuściła wzrok. No, no… może upokorzenie jej nie będzie takie trudne. Te słowa przemknęły mi przez myśl i postanowiłem, że coś z tym zrobię.
Jednak mój plan wprowadzę w życie dopiero jutro, bo dziś jestem już wystarczająco zmęczony, by myśleć o czymkolwiek poza wygodnym łóżkiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz