środa, 2 lutego 2011

Rozdział VII „Spotkanie w Zakazanym Lesie”

Na samym wstępie chciałabym zaznaczyć, że rozdział taki sobie.. Wolałabym aby było już więcej Dramione, ale na razie nie mogę tak po prostu ich ze sobą połączyć, bo to wyglądałoby nienaturalnie.
Po drugie chciałabym żeby ktoś to zaczął czytać, bo póki co, to nie ma żadnych komentarzy, więc też chyba żadnych czytelników ;(


Najchętniej nie szedłbym na te lekcje wcale, ale niestety to obowiązek i muszę się tam pojawić. Już nie jestem prefektem, ponieważ byłem Śmierciożercą o czym McGonagall dobrze wiedziała, więc mógłbym się urwać z kilku zajęć, bo już nie muszę świecić przykładem. Jednak wolę nie ryzykować spotkania z dyrektorką i jej pogadanki na temat tego, że powinienem się wziąć za siebie.
Jest wtorek, drugi dzień nauki, a wydaje się jakbym był już tutaj z tydzień. Strasznie wiele się wydarzyło w ostatnim czasie. Szantażowanie Hermiony, później jej zemsta, a na samym końcu Blaise, który się z nią umawia. Tego już po prostu za wiele. Do tego dochodzi jeszcze kwestia ojca, który dopiero co pojawił się w Azkabanie, a już daje o sobie znać mnie i mojej matce.
Wyszedłem za drzwi, za którymi nadal stał Blaise. Myślałem, że będzie wypytywał o co chodzi, jednak ten tylko spytał, nie naciskając:
- I co?
- Spotykam się z matką. Dzisiaj, w Zakazanym Lesie o 18.00.
- Czyli oboje mamy spotkania o tej godzinie. Pogadamy jak wrócimy do dormitorium. Teraz chodźmy na zajęcia. – powiedział przyjaciel, po czym wyszedł z Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Poszedłem za nim.

***

Lekcje minęły mi dzisiaj szybko. Najpierw miałem Eliksiry, potem Obronę Przed Czarną Magią. Później jeszcze była Transmutacja i Wróżbiarstwo. Nadal nie wiem po co chodzę na te ostatnie zajęcia. Ale cóż, wszystko może mi się przydać.
Kiedy już wyszedłem z Wróżbiarstwa, które było ostatnie, skierowałem swoje kroki w stronę Wielkiej Sali. Chciałem zjeść obiad, jak reszta uczniów szkoły.
Wchodząc do Sali zauważyłem Granger, która patrzyła na mnie z irytacją i zaciekawieniem. Ja jednak odwróciłem wzrok i podszedłem do stołu Ślizgonów. Mam gdzieś tą Szlamę, skoro ona za to, że chciałem spełnić dobry uczynek, nazywa mnie Arystokratą i prawi mi te swoje idiotyczne kazania.
Po chwili do Wielkiej Sali wszedł też Zabini. Spojrzał tylko na chwilę w stronę stołu Gryfonów, jednak kiedy zauważył, że Hermiona nie patrzy, odwrócił wzrok i usiadł koło mnie.
- Ona w ogóle nie zwraca na mnie uwagi. Pewnie nie przyjdzie. – pożalił mi się.
- Rozumiem, że chodzi o naszą Szlamę. – skomentowałem.
- Nie mów tak na nią! – skarcił mnie przyjaciel.
- Przepraszam. – powiedziałem cicho. – Nie martw się, po prostu nie zauważyła, że wszedłeś na salę.
W tej chwili Granger pochyliła się nad Ronem i cmoknęła go w policzek i spojrzała w moją stronę. W jej oczach malowało się wyzwanie. Po chwili przesunęła wzrok na Blaise’a, którego widocznie dopiero co zauważyła. Ku mojemu zdziwieniu pomachała mu. Zabini od razu się rozpromienił, uśmiechnął się do panny Granger i odwzajemnił gest.
- Widzisz, miałem rację. – stwierdziłem.
- Jak zawsze. – odpowiedział Blaise, po czym zadowolony rozpoczął obiad.
- Na pewno jej się podobasz, mówię ci. A dzisiaj będziesz miał dowód – uśmiechnąłem się do niego.
Po posiłku oboje wstaliśmy od stołu i ruszyliśmy do naszego dormitorium. Wtem ktoś zawołał Blaise’a. Okazało się, że to Hermiona.
- Serio chcesz się ze mną spotkać? – skierowała pytanie do Zabiniego.
- Oczywiście, że chcę. Przecież ci napisałem. – odpowiedział mój przyjaciel.
- No tak, ale ja pomyślałam, że może to Malfoy napisał, żeby mnie tam zwabić i później się z tego nabijać. Mam nadzieję, że jesteś inny niż on. – zadziwiające, rozmawiała o mnie, jakbym tam w ogóle nie stał.
- Nie wiem czy zauważyłaś, Granger, ale ja tu stoję – przerwałem im.
- I? – spytała dziewczyna.
- Nie jestem taki zły jak mnie tu opisujesz – odparłem. Hermiona wybuchła śmiechem a Zabini powiedział:
- Draco, proszę cię przestań. Nie chcemy tu kłótni.
- Przecież nawet się na to nie zanosi – odpowiedziałem. Nie wiem w czym on widział problem.
- W przypadku waszej dwójki zawsze zanosi się na kłótnię – skomentował mój przyjaciel.
- Dobra już dobra. Ja idę do dormitorium, a wy, kochane gołąbeczki …
- Nie jesteśmy gołąbeczkami – wypaliła Granger, ale ja szybko zasłoniłem jej usta dłonią, tak by nie mogła już nic więcej powiedzieć.
- Zabini, przyjdź za chwilę do dormitorium, chciałbym ci jeszcze coś powiedzieć na wiesz jaki temat.
- OK. – odpowiedział tylko Blaise i odwrócił się w stronę Szlamy. Natomiast ja udałem się w stronę wieży Slytherinu.

***

Wszedłem do dormitorium i od razu zauważyłem SMSa. Od matki oczywiście.

„Draco, mógłbyś przyjść szybciej? O 17.00? Proszę, odpisz jak najszybciej”

Szybko wystukałem odpowiedź twierdzącą i spojrzałem na zegarek. Była 16.00, czyli miałem jeszcze godzinę. Nie wiem, czy Blaise zdąży przyjść w tym czasie. Najwyżej zostawię mu kartkę.
O 16.30 Blaise’a jeszcze nie było. Pewnie poszedł z panną Granger od razu na swoją randkę.
Czas się zbierać. Wstałem i poszedłem na spotkanie z matką.

***

Przybyłem na miejsce spotkania o 16.50. Matka już tam była. Stała pod ogromnym drzewem, w cieniu. Gdybym nie wiedział, że tam jest, to z pewnością bym jej nie zauważył.
Podszedłem do niej i pocałowałem w policzek, po czym rozpoczęliśmy rozmowę.
- Jak się czujesz? – spytała mnie z zatroskaną miną.
- Dobrze. A ty?
- Umiarkowanie dobrze, zważając na to, że Lucjusz się odezwał. – na jej twarzy pojawił się grymas, którego nigdy wcześniej na jej twarzy nie widziałem – obrzydzenia.
- Nie chcesz go już w naszym życiu?
- Draco, sam wiesz jak było. Nigdy mnie nie kochał. Chciał tylko żony czystej krwi i syna, Malfoya, który by po nim odziedziczył nazwisko i zimne serce.
- Tak wiem.
- Cóż, może przejdziemy do rzeczy. Otóż, twój ojciec skontaktował się ze mną wczoraj. Oto co mi wysłał. – tu matka podała mi list.

„Droga Narcyzo,
Jak się czujesz? Wszystko u ciebie w porządku? Pewnie zastanawiasz się jakim cudem udało mi się do ciebie wysłać list. Jak wiesz, mam swoje znajomości, a te wiele dają. Chciałbym móc opuścić to miejsce i wrócić do ciebie. I naszego syna. Mam nadzieję, że beze mnie nie stanie się zbyt miękki. Jednak wkrótce planuję się stąd wydostać. Nie pytaj jak. Mam swoje sposoby. Wszystko wyjaśnię ci jak wrócę.
Wkrótce skontaktuje się również z Draconem.
Tęsknie za Tobą,
Lucjusz”

Oddałem kartkę papieru matce i spojrzałem na nią. Wyciągnęła rękę po list i pospiesznie go schowała.
- Co o tym sądzisz? – spytała mnie o opinię matka.
- To co ty. Nie chcę by się wydostał z Azkabanu. Jeśli mu się to uda to nie będziemy mieli życia. Wybacz, jeśli cię to urazi, ale ja nie chcę mieć takiego ojca.
- Świetnie cię rozumiem, synku. Ja nie chcę takiego męża. Miejmy tylko nadzieję, że ty się zmienisz i nie wyrośniesz na człowieka o zimnym sercu, na jakiego chciał cię wychować ojciec.
- Na to już chyba za późno. – powiedziałem cicho i spuściłem głowę. Czułem na sobie wyczekujące spojrzenie matki, jednak się nie odezwałem. Za to ona to zrobiła.
- Coś się stało? Czemu tak mówisz? Przecież nie jesteś złym człowiekiem.
- Mówisz tak, bo nie wiesz jaki jestem w szkole. Przez ojca, nienawidzę ludzi brudnej krwi, nikogo nie szanuję i uważam się za lepszego od innych. Ale ja mam już tego dosyć! Chciałbym się zmienić i nawet próbowałem, ale mi nie wyszło.
Matka przez chwilę patrzyła na mnie w milczeniu, po czym się odezwała.
- Draco, ja w ciebie wierzę. Jeśli będziesz się starał z pewnością ci się to uda. Tylko nie trać wiary w siebie. I pamiętaj: nie ma podziału na brudną i czystą krew. Wszyscy jesteśmy tacy sami. Musimy oceniać po czynach i wnętrzu człowieka, a nie po jego pochodzeniu. Proszę cię, zapamiętaj to.
-Dobrze mamo. A co zrobimy z ojcem?
- Na razie nic. Będziemy czekać. Jeśli się do ciebie odezwie, to daj mi znać. Wtedy jeszcze raz się tu umówimy i porozmawiamy.
Po policzku spłynęła mi jedna łza. Nie wiem co się ostatnio ze mną dzieje. Czuję się taki… zagubiony.
Nawet nie wiem kiedy matka wzięła mnie w objęcia. Po chwili odsunąłem ją od siebie i powiedziałem:
- Dziękuję ci, że przyszłaś, ale muszę już wracać do szkoły.
- Oczywiście, rozumiem. Tylko pamiętaj co ci powiedziałam.
Pożegnałem się z nią i ruszyłem w stronę szkoły. Wiał zimny wiatr, który niemiłosiernie smagał mi twarz. Pociekła mi po niej jedna łza, i kolejna i jeszcze jedna. Czułem się taki bezradny, ale też szczęśliwy. Chyba jeszcze nigdy nie rozmawiałem z matką od serca, tak jak dziś. To było wspaniałe. Zawsze myśląc o idealnej matce i rodzinie, taką ją sobie wyobrażałem.
Nagle na mojej drodze pojawili się Zabini i Hermiona, trzymający się za ręce.

1 komentarz:

  1. czytelnicy sa, pewnie wszystko czytają, ale tak jak ja, nie za bardzo mogą się zmobilizować do komentowania. Historia powoli się rozkręca i dobrze. Nie może być tak, że wszystko rozpoczyna się już od np drugiego rozdziału bo to byłoby sztuczne. Czekam na next.

    OdpowiedzUsuń